„Blondynka w Urugwaju”, czyli pisać i podróżować każdy może

Poszukiwacze informacji o Urugwaju niewątpliwie natrafią na książkę Beaty Pawlikowskiej „Blondynka w Urugwaju”. Zanim jednak uznają ją za wiarygodne źródło informacji o tym kraju zapraszam do przeczytania recenzji mojej koleżanki Kingi Eysturland, która z racji tego, że dużą część czasu spędza w Urugwaju i dużo podróżowała po tym kraju takim źródłem niewątpliwie jest.

Twórczość Pani Beaty Pawlikowskiej nie jest mi bliżej znana. O uszy obiła mi się jedynie jej kontrowersyjna książka o walce z depresją, której to jednak nie czytałam i w związku z tym nie zamierzam w żaden sposób się do niej odnosić. Autorkę kojarzę natomiast jednoznacznie z tematyką podróżniczą, choć dopiero niedawno miałam szansę przyjeć się tej twórczości z bliska, a to za sprawą pozycji pt. „Blondynka w Urugwaju”. Wraz z mężem jesteśmy dość mocno związani z tym krajem i spędzamy tam zazwyczaj kilka miesięcy w roku. W związku z prywatną sympatią względem Urugwaju, który w Polsce jest wciąż krajem egzotycznym i mało znanym, nad wyraz ucieszyło mnie owo nowe wydawnictwo. Niestety wyczekiwana lektura okazała się gorzkim rozczarowaniem.

Opowieść rozpoczyna się od wewnętrznych rozterek autorki, która nie do końca wie dokąd udać się w następną podróż. Chociaż logika nakazuje odwiedzenie nieznanego, sentyment wywołany starym zdjęciem wodospadów Iguazú kieruje panią Pawlikowską na oswojony już kontynent południowoamerykański. Droga do Urugwaju wiedzie w tym przypadku przez Buenos Aires, skąd następnie autorka płynie promem przedostaje się do miejsca docelowego. Biorąc pod uwagę fakt, że Pani Beata Pawlikowska uważana jest za doświadczoną podróżniczkę, negatywnie zaskoczyła mnie jałowość treści i brak podróżniczej dociekliwości. Książka to zbiór luźnych opowiastek, przeplecionych ideologicznymi wstawkami, które momentami przechodzą w bełkot. Pierwsze odwiedzone przez podróżniczkę miasto to malownicza Colonia del Sacramento. Jest to kolonialna perełka, której architektura stanowi unikat na skalę całego Urugwaju. Autorka niestety skąpi czytelnikowi informacji na temat wyjątkowości tego miejsca, ponieważ motywem przewodnim wizyty w Colonii jest zamieszanie w restauracji. Wizyta w artystycznej knajpie w centrum starego miasta doprowadza panią Beatę do histerii, kiedy to przyniesiony przez kelnera rachunek opiewa na zawrotną sumę 100 euro. Dopiero po czterech stronach sztucznie nakręcanej dramy okazuje się, że jedzenie kosztowało w rzeczywistości 10 razy mniej, a cała afera spowodowana była błędnym przeliczeniem kursu peso.  Zażenowana tym miałkim rozwiązaniem akcji, z niesmakiem przewróciłam stronę w nadziei na rehabilitację w kolejnym rozdziale. Tym razem podróżniczka rusza na podbój Montevideo. Po raz kolejny o miejscu nie dowiadujemy się w zasadzie niczego. Pani Pawlikowska karmi czytelnika zbitką nieuczesanych przemyśleń o tym, że Montevideo to prawdopodobnie jedna z najdziwniejszych stolic świata, jednak nie precyzuje na czym owa dziwność polega i co takiego niezwykłego ma w sobie to miasto. Co więcej – głównym wątkiem pobytu w stolicy jest ponownie wątek kulinarny. Zauważyłam zresztą, że topos jedzenia oraz picia kawy jest jednym z najważniejszych w całej książce. Autorka albo szuka miejsca, w którym można się kawy napić albo właśnie je znalazła, tudzież dopiero co kawę wypiła lub zamówiła kolejną. Sytuacja przedstawia się podobnie w kwestii codziennych posiłków, których spożywanie sprowadza się do krytyki cukru i przetwożonej żywności oraz poszukiwania wegetariańskich wariantów w tej części świata, w której krwiste steaki są codziennością. W książce wszechobecny jest wegeterror. Szanuję to że pani Pawlikowska jest zapaloną wegetarianką, ale epatowanie stylem życia w sposób ideologiczno-łopatologiczny uważam za przesadę i brak szacunku dla czytelnika. Wracając do Montevideo – głównym motywem pobytu w stolicy jest sałatka z (o zgrozo!) rozmrożonych warzyw. Po tym „potwornym” doświadczeniu, autorka postanawia wyrwać się z „betonowej dżungli” i ruszyć na wschód do kurortu o nazwie Punta del Este. Paradoksalnie Punta del Este to nic innego jak betonowa dżungla, tyle że w skali mikro. Na miejscu najwięcej uwagi pani Beata poświęca nazewnictwu ulic i … poszukiwaniu wegetariańskiej knajpy. Czytelnik, który nie skapitulował na tym etapie lektury, wraz z autorką przemieszcza się dalej na wschód do hipisowskiej osady o nazwie Cabo Polonio. Przyznam, że w tym miejscu pani Pawlikowska pozytywnie mnie zaskoczyła, gdyż wykazała pewne zainteresowanie nazwą miejsca, do którego się kierowała. Na kartkach książki zastanawia się czym jest „Cabo Polonio” i czy można je tłumaczyć dosłownie jako „Przylądek Polsko” oraz skąd to nieoczywiste odniesienie do ojczyzny. Niestety na tym dusza badacza Pani Pawlikowskiej się kończy, gdyż pytania rzucone luźno w czasoprzestrzeń nie doczekują się żadnych odpowiedzi. Szkoda, że moje nadzieje na zmianę narracji okazały się płonne. W Cabo Polonio dochodzi do załamania warsztatu pisarskiego autorki i mamy do czynienia z klasyczną biegunką słowną. Strumień świadomości jaki funduje nam pani Pawlikowska bije na głowę James’a Joyce’a i innych mistrzów gatunku. Tekst jest zbiorem frazesów naszpikowanych powtarzanymi do znudzenia słowami „słońce”, „plaża”, „szczęście”, „raj”. Nie brakuje również wątku kawowego oraz psychologicznych sprzeczności. Z jednej strony pisarka zachęca do nieoceniania tego co odległe i nieznane. Z drugiej strony bezpardonowo robi analizę psychologiczną dziewcząt, trafiających do tej samej kawiarni. Dalsza część sprowadza się do banalnych historyjek o tym, że ktoś się do pani Beaty uśmiechnął, słońce zaszło za horyzontem, a w oddali zaszczekał pies. Cabo Polonio to ostatnie miejsce, któremu podróżniczka poświęca więcej uwagi. Pozostałe miasta takie jak Chuy czy Rivera są tylko wzmiankami w kontekście tranzytu.

Po zakończeniu lektury nie mogłam się otrząsnąć. Po pierwsze, obiecująca szansa na sensowne przedstawienie czytelnikowi Urugwaju została zmarnowana. Po drugie, podobna „pisanina” powinna zostać co najwyżej opatrzona wstępem pt. „Drogi pamiętniczku…” i wrzucona do szuflady. Wydawnictwo Edipresse Polska powinno sie wstydzić tego, że wydaje taką słabiznę i jeszcze na niej zarabia. Zakończenie książki zwiastuje kolejną część, tym razem o przygodach blondynki w Paragwaju, co powinno być sygnałem alarmowym  dla tych, których propopzycja o „Urugwaju” wprowadziła w stan śpiączki. Pani Pawlikowskiej życzę za to wielu ekscytujących podróży. Oby obfitowały one w piękne zdjęcia i dobre wspomnienia, zaś niekoniecznie w książki.

Reklamy

6 uwag do wpisu “„Blondynka w Urugwaju”, czyli pisać i podróżować każdy może

  1. bernt

    Książki pani Pawlikowskiej nie czytałem, chociaż jak natrafię to kupię i przeczytam. Nie wiem dlaczego, ale lubię Urugwaj, chociaż nigdy w nim nie byłem i wątpliwe, czy kiedykolwiek tam zawitam. Lubię oczywiście Urugwaj za piłkę nożną, ale państwo to kojarzy mi się z luzem i spokojem. I cieplutkim klimatem oczywiście.
    A pani Pawlikowska? Cóż; Może kasy zabrakło, bo znana podróżniczka wydaje także książki lingwistyczne. Ostatnio zakupiłem Ebook z nauką języka norweskiego.
    Jest kilka blogów o Urugwaju, które czytam regularnie. Informacji o Urugwaju, takich „z życia” jednak brakuje. „Takie tam w Urugwaju” jest jednym z ważniejszych dla mnie informacji o tym państwie. Większość moich znajomych zachwyca się tym, że można bezkarnie ćpać, w co ja jednak nie wierzę, bo szkodliwość narkotyków jest ogólnie znana. Nie wierzę, by państwowe władze działały na szkodę swojego narodu. Pozdrowienia dla Autorki „takie tam w Urugwaju”.

    Polubienie

    1. Witam i dziękuje za miłe słowa co mojego blogu. Niestety zakończyłam już moją przygodę z Urugwajem ale w głowie mam jeszcze dużo informacji o życiu w tym kraju tak więc będę się starać coś tam uzupełniać.Zgodzę się z luzem i spokojem, z ciepłym klimatem już chyba nie za bardzo. Pozdrawia.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s