Po drugiej stronie granicy – i co dalej ?

20 sierpnia 2016 żegnam się z Polska i moja najlepszą przyjaciółką na lotnisku w Warszawie, by z trzema walizkami i paszportem w ręku udawać turystkę. Po jakiś 30 godzinach podróży samolot wreszcie dotyka ziemi lotniska Montevideo – Carrasco. Wita mnie nowoczesna,  duża przestrzeń na miarę dużych lotnisk europejskich, ale długa kolejka  do odprawy przypomina mi, że strefa Szengen została po drugiej stronie Atlantyku.

Tak więc stoję wraz z innymi 300 osobami z mojego samolotu i obserwuję jak kolejka w żółwim tępię posuwa się do przodu, jak kolejne osoby z najróżniejszymi paszportami podchodzą do kilku czynnych stanowisk i jak po chwili przekraczają magiczną linie granicy urugwajskiej.

Po krótkiej wymianie zdań – Hola, – Hola, como estas? Todo bien?, (Cześć, jak się masz, wszystko dobrze?) z pracownikiem Straży Granicznej, sprawdzeniu moich odcisków palców, dostaję upragnioną pieczątkę w paszporcie, co znaczy, że mój pobyt został zalegalizowany na 90-dni. Jedną z możliwości przedłużenia pobytu jest szybka wizyta w pobliskim Buenos Aires czy Brazylii i nowa pieczątka na kolejna 90-dni i podobno tak można aż do wyczerpania stron w paszporcie, ale nie polecam tego jeśli ktoś planuje załatwiać formalności związane z rezydenturą. Podobno przy wyjeździe z kraju automatycznie traci ważność zaświadczenie o niekaralności i trzeba się starać o nowe. Co przy braku polskiej placówki dyplomatycznej może być drobnym problemem.

urzad-immigracyjny

Zmotywowana, by jak najszybciej przestać być turystą, a zostać rezydentem zaraz po przylocie udaję się do Urzędu Imigracyjnego (Dirección Nacional de Migración) który znajduję się na ulicy Misiones 1513 w Starym Mieście (Ciudad Vieja). Z pomocą googla maps udaje mi się trafić do dużego holu, gdzie na pierwszy rzut oka panuje nieprzeciętny chaos. Kilka okienek pracuje chyba tylko w sobie znanym porządku, na tablicy wyświetlają się jakieś numerki, ale nigdzie nie ma informacji skąd taki numerek można zdobyć. Z kasy nawołuje Pani przez mikrofon co chwila jakieś nazwiska, nieźle się męczy szczególnie z tymi hinduskimi, bo hindusów akurat trochę się do Montevideo zjechało. Zaraz obok jakaś druga kolejka i kolejne stanowiska do obsługi, przy jednym biurku groźnie wyglądająca policjantka smętnie coś stuka na komputerze, a przy kolejnych siedzą dwie babeczki i dość żywiołowo o czymś rozmawiają, zupełnie nie przejmując się rosnąca kolejką.

direccion-nacional
Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Googla Earth

Korzystam z tego, że jestem blondynką i zagaduje kolesia w białej koszuli, który mi wygląda na pracownika. Wskazuje mi gestem, żebym stanęła w kolejce podpisanej „residencias para extranjeros” (Rezydentura dla obcokrajowców). No tak, w tym chaosie jest faktycznie pewna logika. Swoje jednak w kolejce odstać trzeba, takie życie w Urugwaju, ale w końcu udaje mi się porozmawiać z młodą dziewczyną, która od razu ostudza mój zapał, że dzisiaj to jednak się nie da, bo najpierw muszę zadzwonić pod numer telefonu 0800 1513 opcja „Residencias Inicio” gdzie po podaniu numeru paszportu automatyczna sekretarka wyznaczy mi godzinę spotkania. W moim przypadku za dwa miesiące, co i tak jest nieźle, bo spotkałam osoby, które czekają po 4 miesiące.  Czyli przyjmuję to z urugwajskim spokojem i listę z dokumentami do przygotowania chowam do szuflady.

carne-de-salud
Mój pierwszy urugwajski dokument

Przypominam sobie o niej na tydzień przed spotkaniem. W popłochu muszę załatwiać Carne de Salud. Czyli wyglądający, jak karta biblioteczna, dokument ze zdjęciem stwierdzający, że przeszłam podstawowe badania medyczne, dentysta obejrzał mi zęby, pobrali krew, mocz, zaszczepili na chyba tężca (Szczepienia obowiązkowe i bezpłatne) i lekarz zadał mi chyba z 50 pytań na co choruję, nauczona doświadczeniem z podobnych wywiadów robionych w Polsce u lekarza medycyny pracy, przezornie odpowiadam na każde pytanie – No (Nie). No bo po co drążyć temat?. Okazuje się, że Urugwajczycy są chyba przygotowani na załatwianie wszystkiego na ostatnią chwilę, bo takie Carne de Salud można załatwić już w godzinę. Koszt to jakieś 600 peso. A prywatne przychodnie są w prawie każdej większej dzielnicy.

Wreszcie przychodzi wyczekiwany poniedziałek. Zgodnie z wyznaczoną datą stawiam się punkt 10 w Urzędzie Imigracyjnym, gotowa, że skoro wyznaczyli mi spotkanie na godzinę 10 to o 10 będzie już na mnie czekał urzędnik. Nic bardziej mylnego. Urugwajczycy uwielbiają wyznaczać godzinę spotkania, ale to nie znaczy, że równie dobrze uwielbiają tej godziny przestrzegać. Więc siadam sobie i spokojnie czekam. Szkoda, że nie zabrałam czegoś do czytania, bo zakaz używania telefonów sprawia, że czekanie znacznie się wydłuża. W końcu, nawet nie chcę wiedzieć, czy po godzinie czy półtorej, młody chłopak zaprasza mnie do stolika. Na powitanie mówi mi, że system dzisiaj nie działa w związku z tym nie mogą rozpocząć procedury i może w przyszłym tygodniu będzie działać. W sumie to nawet lepiej bo jakoś wypadło mi z głowy ogarnięcie tłumaczenia zaświadczenia o niekaralności. Można narzekać na opieszałość i powolność Urugwajczyków, ale ma to też swoje dobre strony. Sami się nie spinają, ale i nie wymagają ani pośpiechu ani spiny od innych. Ostatecznie chłopaczek skanuje mój paszport i carne de salud, coś tam wstukuje do komputera i mówi, że do mnie zdzwoni. Ja w między czasie w panice poszukuje tłumacza przysięgłego (traductor publico) . W końcu udaje mi się skontaktować z dwoma biurami, gdzie w jednym proponują mi za przetłumaczenie dwóch stron za jakieś 4800 peso, a w drugiej 3200 peso.

Dwa dni później dzwoni chłopaczek, że system już im wstał i mogę przyjść następnego dnia, ja mu na to że bardzo chętnie, ale w związku, że wybrałam tańsze biuro niestety muszę tydzień czekać na tłumaczenie. Przyjmuje to ze spokojem i na luzie umawiamy się na następny tydzień jak już będę wszystko miała to żebym pojawiła się w urzędzie między 9-15 w godzinach otwarcie.

Po kilku dniach tym razem już z kompletem dokumentów pojawiam się ponownie w Urzędzie Imigracyjnym, czując się tam już prawie jak w domu. Serwuję sobie kubek zimnej wody z dystrybutora, idę do łazienki, by po chwili stanąć w znajomej kolejce „Residencias para extranjeros”.  Tym razem zabieram gazetę, więc czas oczekiwania zlatuje trochę szybciej. W końcu udaje mi się wyłapać wzrokiem „mojego chłopaczka” – macham mu dyskretnie, że to ja już jestem. Długo udaje, że mnie nie widzi, ale w końcu się poddaje i zaprasza mnie do swojego stolika. Po chwili odsyła mnie do kasy, gdzie po dłuższym nawoływaniu orientuje się że hasynska to ja (J w hiszpańskim czyta się jako h) uiszczam opłatę w wysokości 2100 peso na poczet rozwoju Urugwajskiej biurokracji i wracam do stanowiska, gdzie chłopaczek kończy wprowadzać mnie do systemu.

Do stałej rezydentury brakuje mi tylko ostatniego punktu czyli środków do życia. Mi również trochę już zaczyna brakować środków do życia więc obiecuje chłopaczkowi, ze jak najszybciej znajdę pracę. On mi na to, że w takim razie da mi pozwolenie tymczasowe, a jak już coś tam zacznę zarabiać to, żebym do niego wróciła i przedstawiła zaświadczenie o zarobkach z trzech ostatnich miesięcy to wtedy dostanę stałą rezydenturę. Jeszcze na zakończenie pobiera mi odciski palców, co bym już całkowicie figurowała w ich systemie i z kwitkiem odsyła do kolejnego urzędu, gdzie wydadzą mi upragnioną Cedule – czyli urugwajski dowód osobisty.  Na tym na razie kończę moją przygodę z Urzędem Imigracyjny, zadowolona, że faktycznie Urugwaj jest krajem przyjaznym imigrantom.

Dokumenty potrzebne na pierwszym spotkaniu, żeby dostać rezydenturę tymczasową.

  • Paszport
  • Carne de Salud
  • Jedno zdjęcie paszportowe
  • Zaświadczenie o niekaralności przetłumaczone przez Traductor Publico (ewentualnie uznają tłumaczenie dokonane przez Ambasadę Urugwajska w Warszawie) – Z Apostilla z MSZ w Warszawie
  • Zaświadczenie o środkach do życia (potrzebne do stałej rezydentury)
  • Będą też pytać się o adres zamieszkania, ale nie wymagają, żadnego potwierdzenia.

Jeszcze tylko krótka uwaga co do statusu rezydenta tymczasowego, za każdym razem, przed opuszczeniem kraju musimy prosić o „permiso de reingreso” (pozwolenie na powrót) i uiścić opłatę w wysokości jakiś 800 peso. Czyli żegnaj na razie Boskie Buenos czy niebezpieczne Rio – za biedna jestem, żeby wyjeżdżać z Urugwaju.

Przydatne linki:

https://migracion.minterior.gub.uy/ – Oficjalna strona Biura Migracyjnego

http://www.traductorpublico.com.uy/ – Firma zajmująca się tłumaczeniami przysięgłymi.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Po drugiej stronie granicy – i co dalej ?

    1. W przypadku normalnej umowy o pracę, będzie to prawdopodobnie jakiś odpowiednik naszych pasków płac z ostatnich trzech miesięcy czy wpisu z BPS (odpowiednik naszego ZUS-u). Dokładnie będę wiedzieć za trzy miesiące, bo niedawno zaczęła pracę.
      Środkami do życia może też być emerytura, albo jakieś dochody zagraniczne, czy z prowadzenia własnej działalności na terenie Urugwaju – ale to już sprawy bardziej indywidualne, więc urzędnicy udzielą szczegółowych informacji.
      Obecnie 1 USD = 28 PESO (w zależności od kantoru może się wahać o 1 peso – kurs przy kupnie peso)
      Z kalkulatorów z internecie wynika że jedno peso = 0.14 zł i to by się mogło tak mniej więcej pokrywać.
      Pozdrawiam

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s